piątek, 19 czerwca 2020

Pachniesz jaśminem

- Chodź na łąkę pana Henryka- Michał pociągnął mnie lekko za rękę.
- Dlaczego?- spytałam zaskoczona.
- Zobaczysz- uśmiechnął się tajemniczo.
Szliśmy powoli, Michał mnie nie poganiał. Zwalniał, kiedy widział, że z trudem łapałam oddech. Nie rozumiałam reakcji mojego ciała. Byłam wygimnastykowana i doskonale rozciągnięta... Byłam, to kluczowe słowo, bo przecież tyle dni leżałam w szpitalnym łóżku. Teraz łapałam zadyszkę przy szybszym marszu czy wspinaczce po schodach na czwarte piętro w fabryce. Denerwowało mnie to, ale fizjoterapeuta nie pozwalał mi nadal na zbyt intensywne ćwiczenia. Tak na prawdę nie pozwalał mi na jakiekolwiek ćwiczenia, poza rehabilitacją.
Na łąkę pana Henia prowadziła kręta ścieżka wśród drzew. Obok niej płynął strumyk, w którym chłodziliśmy wino i lemoniady. Jego szum bardzo mnie uspokajał.

- O kurczaczek- otworzyłam szeroko usta.
- Podoba ci się?- uśmiechał się do mnie.
- Skąd wiedziałeś, że jest tu tyle jaśminu?
- Byłem tu wczoraj i pomyślałem, że to ci się spodoba.
- Jest nieziemsko pięknie. Dziękuję.
Patrzyłam na łąkę, na której obrzeżach całe w bieli rosły ogromne krzewy jaśminu. Od jego zapachu, aż brakowało tchu. Uwielbiałam jaśmin, kochałam jego zapach. Mogłabym tam stać godzinami. Odruchowo podniosłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia.
- Już chodź. Musimy ruszać- Michał wyrwał mnie z zamyślenia.
- Ale ja zrobiłam dopiero kilka zdjęć- protestowałam.
- Musimy iść. Jesteśmy to od pół godziny, a to zdecydowanie za dużo.
- Ale Michał...
- Dość. Wrócimy jutro. Teraz musimy iść. Dla naszego własnego dobra Mała.
- Masz rację. Już lekko kręci mi się w głowie.
- Ale wszystko dobrze?- spytał zatroskany.
- Tak.
- Niedobrze ci? Będziesz wymiotować?
- Nie, chyba nie.
- Mała? O cholera- złapał mnie, kiedy lekko osuwałam się na ziemię.
- Oj, już dobrze.
- Idziemy- wziął mnie na ręce i szybkim krokiem ruszył w stronę lasu.
- Tak dziwnie zakręciło mi się w głowie. Przepraszam- szeptałam, wtulając się w jego ramiona.
- To moja wina. Straciłem poczucie czasu, a miałem go pilnować. Taka ilość jaśminu jest niebezpieczna. Przepraszam Mała.
- Już lepiej. To nie twoja wina. To ja chciałam zrobić więcej zdjęć.

Byliśmy już dość daleko od łąki, kiedy Michał postawił mnie na ziemi. Zawroty głowy minęły. Nadal jednak miałam płytki oddech, co martwiło Michała. Uparł się, że kończymy naszą wycieczkę. Nie oponowałam, nie miałam na to siły. Do domu Matyldy wracaliśmy bardzo powoli. Mój oddech powoli się normował. Wiedziałam jednak, że nie pozwolą mi już na samotne wyprawy.

Matylda czekała na nas na ganku. Była wyraźnie zmartwiona. Na ten widok odruchowo się wyprostowałam i uśmiechnęłam. Nie chciałam jej dodatkowo martwić.
- Dziecko moje- przytuliłam nie mocno.- Jak ty się czujesz?
- Dobrze- uśmiechnęłam się, a odwracając głowę w stronę Michała syknęłam- Musiałeś zadzwonić?
- Musiał- skarciła mnie Matylda.
Zabrała nas na obiad. Specjalnie dla mnie zrobiła pierogi z truskawkami i ze śmietanką. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy przy stole. Późnym popołudniem pożegnał nas Michał. Chciałam pomóc w sprzątaniu, ale Matylda odesłała mnie do mojego pokoju. Nie miałam siły sprzeciwiać się jej poleceniom. Niespiesznie ruszyłam więc po schodach do siebie. Postanowiłam odpocząć na tarasie, ogrzać się w cieple zachodzącego słońca.
- Halo? Jest tu ktoś?- pytałam, niepewnie przekraczając próg tarasu.
- Chodź do mnie- serce zadrżało mi, kiedy usłyszałam jego głos.
- Co ty tu robisz?- dopytywałam zbliżając się do leżaka, na którym siedział.
- Żaba ja nie potrafię bez ciebie żyć.
- Ale "Z", nie możemy. Zbyt wysoka cena...
- Ciiii- przyłożył mi palec do ust.- Pracuję nad tym. Uwierz mi. Niczego bardziej nie pragnę, niż ciebie przy mnie.
- Wiesz, jak to się ostatnio skończyło.
- Chodź do mnie- pociągnął mnie do siebie.
- Boję się- wtulałam się w niego, by jak najszybciej usłyszeć bicie jego kochanego serca.
- Wiem. Ja też. Cholernie- głaskał z czułością moje włosy.
- Jak więc chcesz odwrócić zły los na naszą korzyść?
- Jeszcze nie wiem.
- Zbóju?- spojrzałam na niego.
- Hmmm?
- Tęskniłam za tobą.
- Tak?
- Tak troszeczkę, odrobinkę, o tyle tylko- pokazałam wielkość prawie zbliżając do siebie opuszki palców wskazującego i kciuka.
- Ja też- pocałował mnie delikatnie.
- A tak właściwie, to co tu robisz?
- Przyjechałem do ciebie. Nie mam tu innych spraw.
- Jestem autem. Jak wrócimy?
- Ja przyjechałem pociągiem. Problem z głowy.
- Gdybyśmy mieli tylko takie- westchnęłam.
- Na wszystkie znajdziemy sposób- pocałował mnie we włosy i przyciągnął do siebie jeszcze mocniej.

Siedzieliśmy wtuleni w siebie do późna. Matylda dyskretnie zostawiła tacę z jedzeniem na stoliku w pokoju. Pomyśleć, że nawet słowem nie zdradziła się, że "Z" przyjechał. Ciekawe czy Michał wiedział?  

Odjechaliśmy kilka dni później, podczas których "Z" nie odstępował mnie na krok. Czułam się przy nim taka bezpieczna. Dopiero kiedy zbliżaliśmy się do domu, poczułam niepokój. Nie wiedziałam jak rozwiążemy nasze problemy. Jak sprawimy, że będziemy razem. Przed nami długi, wykańczający proces z "W". Groziło jej wiele lat za kratami, za atak na funkcjonariusza, który mógł okazać się śmiertelny. Czekały na nas dylematy, czy milczeć podczas rozprawy, czy prosić o uniewinnienie ze względu na dziewczynki. Przecież była ich matką, kochały ją nad życie. Z drugiej strony ja też byłam matką i mogłam nigdy więcej nie tulić mojego syneczka na dobranoc. Byłam rozdarta. Jednocześnie nie chciałam dłużej żyć bez "Z". Postanowiliśmy jednak, że na razie odgrywamy dalej obrane przed laty role. Jak długo jeszcze nie wiedzieliśmy...




(przypominam, że jest to fikcja literacka, a wszelka zbieżność osób, wydarzeń i miejsc jest przypadkowa!)

2 komentarze: