poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Uwięzione w (złotej) klatce

Często jako matka i młoda kobieta jednocześnie, spotykałam się z fala krytyki. Niejednokrotnie obdarzano mnie pełnym wzgardy spojrzeniem. Dlaczego? Dlatego, że śmiałam mieć dalej własne marzenia i plany, a co "gorsze" chciałam je realizować i w większości przypadków to robiłam. Czasami z sercem na dłoni, czasami z duszą na ramieniu. Czasami większym, innym razem znacznie mniejszym nakładem sił i środków. Inne przesunęłam w kolejności, bo albo nie jestem na nie gotowa, albo muszę popracować nad ich realizacją. Ale nie rezygnuję z nich dlatego, ze może być trudno. Nie można się tak łatwo poddawać, zawsze trzeba chociaż spróbować.
Takie wyzwania tylko mnie motywują do działania, sprawiają, że chcę pokonać przeciwności i walczyć o MOJE MARZENIA! Nikt inny tego za mnie nie zrobi.
To, że ktoś będzie na mnie "krzywo patrzył", albo "szepnie" coś złośliwie do stojącej obok plotkary, nie zmieni mnie, nie powstrzyma przed byciem sobą. Chcę się rozwijać, nie chcę stać w miejscu. 
Nie pozwolę zamknąć się w klatce macierzyństwa, nie pozwolę się tak zaszufladkować, ubrać w przeklęte stereotypy. Klatka, choćby złota, choćby wysadzana drogocennymi kamieniami, pozostaje klatką. Trudno w niej oddychać, jeszcze trudniej poruszać się, a ... o rozwinięciu skrzydeł można zdecydowanie, w zupełności zapomnieć. A moje serce, niczym ptak, chce ulecieć ku słońcu, wyrwać się z okowów wstydu, uprzedzeń i stereotypów właśnie. Ono nie pasuje do szablonu. Wszczyna alarm ilekroć usłyszy brzęk kajdanów i zrywa się do lotu- tym szybciej, im bliższe pobrzękiwanie...
Czasami troszkę odpuszczam... Ale to zamierzone działanie. Musze nabrać powietrza do płuc, zregenerować się po ostatnim locie, oczyścić skrzydła z szarości burzowych chmur i podleczyć rany zadane przez błyskawice podczas burz. A po tej regeneracji klęknę, tylko po to, aby lepiej wybić się do nowego lotu. Rozłożę skrzydła, ogrzeję je w promieniach wschodzącego słońca, skąpię w rzeźkości porannej rosy strącanej z misternie tkanych serwetek nici pajęczej i osuszę w podmuchu lekkiego, ciepłego wiatru... A to wszystko w blasku serc UKOCHANYCH OSÓB i PRZYJACIÓŁ, którzy przytrzymają mnie za rękę podczas lądowania, a z ziemi, tuż po starcie zakrzykną: "Leć Aniele, niechaj niosą cię skrzydła pod obłoki, my tu poczekamy!"... 

6 komentarzy:

  1. Czytam te Twoje literki, jakbym je sama napisała...
    Nie bój się prosić swojego anioła stróża o wsparcie w tych zamierzeniach, nie pozostawiaj go bezrobotnego... on czeka i rwie się by Cię chronić i wspierać.
    Rób swoje i nikomu nie tłumacz dlaczego podejmujesz takie decyzje. To Twoje życie. Kinga, ostatnio odnajduję wpisy o podobnych klimatach. Coś jest w powietrzu... i w wodzie i wszędzie chyba :)
    Uściski mała i dziękuję za to, że do mnie zaglądasz.
    Anioł na porcelanie niech czeka... przyjdzie na niego czas...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja Kochana, dziękuję! W powietrzu mówisz? Może tak być.
      Mój Anioł Stróż wyjechał na wakacje- włożył zielone gacie i z butelka wina truskawkowego zbójuje w okolicach Dukli, w Bieszczadach oczywiście, toteż ja rozrabiam tutaj i serce me nosi... Oby tylko za daleko się nie wyrwało...

      Usuń
  2. Ważne to się nie zmieniać tylko dla innych lub pod publikę szczęśliwi będziemy tylko gdy będziemy sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie... choć perspektywa "ułatwienia" sobie życia po ugięciu karku, bywa czasami kusząca...

      Usuń
  3. Wysyłam do Was uśmiech i szczęście <3

    OdpowiedzUsuń