MAMA... Jedno krótkie słowo, a miliony znaczeń, interpretacji, odczuć...
Niekiedy trzeba poznać gorzki smak macierzyństwa aby docenić je w pełni i zrozumieć, że bycie Mamą to coś wspaniałego i wielkiego!
Kiedy zostałam Mamą, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak trudne to będzie. Grzechem byłoby, gdybym zaczęła tu teraz narzekać na Młodego, bo jako pierworodne dziecię, "zachowywał się" nadzwyczaj dobrze! Nie darł mi się po nocach, wstawałam raczej wyspana. W nocy wstawałam tylko na karmienie (20 miesięcy karmiłam piersią, z czego jestem niesamowicie dumna!), 2 razy czegoś się bał/miał złe sny. Kolek nie miał, więc nie wiem co to i z czym się to wiąże- nie jeździłam przez 3 godziny jak opętana po mieście, bo to wycisza bolący brzuszek, nie szukałam 1,5 godzinnych filmików z szumem suszarki do włosów, nie kołysałam godzinami na rękach, nie dawałam kropelek. Ale nie jadłam produktów wzdymających i zwiększających wydzielanie gazów, nie piłam napojów gazowanych, zrezygnowałam z cukru, soli i ostrych przypraw na rzecz ziół, masowałam mały brzuszek 2-3 razy dziennie i robiłam Młodemu "gimnastykę". Rozszerzanie diety po 6 miesiącu przebiegło nam wzorcowo i bez zakłóceń. W ciągu 2 lat chorował 4 razy, w tym 2 razy dostał antybiotyk- raz doustny, raz krople do oczu na ropne zapalenie spojówek.
Ale nie cały czas było kolorowo. Po 2 tygodniach zwolnienia na opiekę nade mną po cc i 2 tygodniach "tacieżyńskiego" Mąż musiał wrócić do pracy. Prze pierwsze pół roku Piotrusia Tata był tylko na weekendy, i to nie wszystkie, czasami co 2-3 tygodnie. Brakowało czasami wsparcia, dobrego słowa, ciepłej dłoni, uśmiechu. Czasami ktoś z sąsiadów pytał: "I ty tak z dzieckiem na zakupy/do warzywniaka/do kościoła/gdzieś tam?" A co miałam Go w domu zostawić? Czasami chciało mi się krzyczeć, ze przecież jestem sama- Mąż pracuje, Rodzice daleko, a Teście... powiedzmy, że jeszcze dalej. Obce miasto, obcy ludzie i ja sama z Dzieckiem. Jak czuje się taka Matka? Fatalnie moi Kochani, fatalnie. Kiedy w 6 tygodniu oboje się rozchorowaliśmy, przyszło lekkie załamanie- ja antybiotyk i 40 stopni gorączki, Młody antybiotyk, szpital, wenflon i to okropne szpitalne metalowe łóżeczko, i zupełnie nikogo do pomocy. Byłam sama, przerażona, głodna i chora. Łukaszowi nie chcieli dać wolnego w pracy. Wsadzili nas na salę z dużo starszymi dziećmi, Młody wystraszony, bo tamte wrzeszczały i piszczały niemiłosiernie- tak rozpierała je energia. Ja kolejna doba na krześle, z laktatorem, bo pokarmu nadmiar, głodna, zmęczona i zapłakana. Zostawiłam na pół godziny Synka pod opieką jednej z Mam i łamiąc masę przepisów popędziłam do domu wziąć prysznic- po 2 dniach mycia się w szpitalnej umywalce miałam dość. Spakowałam nowe rzeczy dla nas, jedzenie dla siebie, wodę i dmuchany materac. Tej nocy pierwszy raz byliśmy znów szczęśliwi- materac hop na podłogę, Synka z tej metalowej klatki wzięłam w rożku do siebie i tak sobie spaliśmy pod śpiworkiem. Karmiłam Go nie wybudzając się nawet do końca. Okazało się to zbawiennym, bo na porannym obchodzie lekarze stwierdzili, ze zbieramy się do domu- bliskość zrobiła swoje. Spakowałam nas w moją maleńką "Struclinę" i wróciliśmy do naszego domku, do łóżeczka i zapachów dobrze nam znanych. Ale do piekarni, mięsnego trzeba było pójść. Jakie miałam wyjście? Głodować? Na całe szczęście moi kochani Rodzice wzięli sobie urlopy i przyjechali się nami zaopiekować- mogłam sobie leżeć w łóżku i chorować- Oni wszystkim się zajęli.
Były dni, ze łzy same leciały. Tak bardzo brakowało mi Męża. Chciałam dzielić z Nim radość rodzicielstwa, a nie mogłam. Był daleko, a my byliśmy sami w obcym mieście! Przerażało mnie, ze umykają Mu piękne chwile, że nie zobaczy tak wielu "pierwszych razów" naszego Słodziaka. A Książe był szybki- pierwsze siadanie po 3 miesiącach, stanie po 5, chodzenie od 7... Zaszalał... I chyba sobie wypłakałam- Łukasza przenieśli do Kielc. Wreszcie RODZINA była w komplecie! Mieliśmy siebie- mieliśmy wszystko!!!
Młody rósł w oczach, czas mijał szybciej, niż bym sobie tego życzyła... Trzeba było wracać do pracy, a tu klops. Nie dostaliśmy miejsca w żłobku tak samorządowym, jak i prywatnym, ani z naboru, ani z odwołania. Dziadków nie było pod ręką. Pozostało wrócić do pracy i zarabiać tylko na opiekunkę, co by mieć składki wszystkie magiczne opłacone... Ale udało się- wychodziłam sobie ten żłobek. Jako że miałam masę zaległego urlopu, to mieliśmy czas, żeby się zaadaptować, ale Młody to człek bardzo społeczny i poszło łatwo!
Jedną z najbardziej przykrych rzeczy jaka spotkała mnie po porodzie było ucięcie mi etatu do 3/4. Powody? Palcem na wodzie pisane... Zryczałam się strasznie, a le i tak nic to nie dało. Teraz jestem Mamą niepełnoetatową. Czasami stoję przed półką w sklepie i mimo, że wiem, ze lubimy te konkretne płatki na mleko, to wybieram tańszą wersję- nie tak smaczną i nie takiej jakości, ale portfel na ulubioną nie pozwala. Stałam się szperaczem, mistrzynią okazji i promocji wszelkiej. Wiem gdzie jakie ceny, gdzie i jakie promocje, gdzie rozdają próbki, gratisy, gdzie losują zestawy produktów. W naszym domu zagościły opakowania XXL, bo takie się opłacają. Mimo, ze zagracają kuchnię, łazienkę, pokój, to są, bo pozwalają zaoszczędzić. Staramy się oszczędzać prąd, gaz, wodę, aby rachunki przychodziły jak najmniejsze, ale wszystko ma swoje granice, bo przecież żyć jakoś trzeba..
Teraz często siedzę po nocach- szyję, szydełkuję, tworzę, żeby tylko jakiś dodatkowy grosz wpadł do kieszeni, żebym mogła kupić Mu jajko niespodziankę bez wyrzutów sumienia. Ostatnio ktoś mi zarzucił, że mam koszulę bardzo dobra jakościowo= drogą. Tak, ale mam tych koszul kilka i chodzę w nich do przysłowiowego "zdarcia". Ktoś mądry powiedział kiedyś, ze ludzi biednych nie stać na tanie rzeczy i teraz wiem, że miał rację!
I wiecie co? Nie użalam się nad sobą. Wstaję rano, budzę Synka i zarzucam uśmiech na twarz. Dlaczego? Dlatego, że jetem MAMĄ i jestem z tego dumna. To do mnie przybiegnie, gdy się uderzy. To mnie woła, kiedy przychodzi zły sen. To mnie całuje na dzień dobry i na dobranoc- pierwszy i ostatni buziak dnia są dla Mamy. To w moich objęciach lubi zasypiać. I kiedy widzę te błyszczące, radosne oczka, które witają mnie po ciężkim dniu w pracy w żłobkowej szatni, serce pęka mi z dumy i ze wzruszenia. Biegnie do mnie i tuli się tak mocno, jakbym miała wypaść z Jego objęć. I kiedy spotkałam starą znajomą- odstrzeloną, w pełnym makijażu i fryzurze jak prosto z salonu fryzjerskiego, która zapytała, patrząc z lekką pogardą zmieszaną ze zdziwieniem na mój lekko "rozleciały" warkocz i kurtkę z plamą po (właśnie, po czym ta plama?): "No jak tam mamuśka? Ja w weekend w góry z ekipą ruszam, a co u ciebie?", z dumą i samozadowoleniem odparłam: "Co u mnie? Cóż... JESTEM MAMĄ! A ty jaką masz supermoc?"