wtorek, 24 października 2017

Niech zabierze mnie biel śniegu

       Siedziałam na tym tarasie już tyle razy, tyle razy patrzyłam na te szczyty. Dlaczego do tej pory nie przyjechałam tu zimą? Owinięta w śpiwór tempo wpatrywałam się w najwyższą górę. Było tak spokojnie, cicho. Z osłupienia wyrwał mnie brzęk tłuczonej porcelany- filiżanka spadła z tacy niesionej przez Matyldę. Nie miałam siły żeby do niej podbiec i pomóc zbierać fragmenty z podłogi. Otworzyła drzwi na taras i  chwilę przyglądała mi się uważnie. Trudno był nie czuć jej wzroku.
- No już wystarczy. Właźże do środka,ale już.
- Jeszcze chwilkę, zaraz zabiją dzwony na rynku.
- Już, powiedziałam- podeszła do mnie, odsunęła śpiwór i wzięła mnie pod ramię.
- Matylda, ja nie mam siły.
- Oj zaraz nabierzesz. Śniadanie czeka. I dziś dopilnuję żebyś mi wszystko zjadła. No już, Kochana, idziemy.
Westchnęłam cicho,wiedziałam, ze dalszy opór zupełnie nie ma sensu.
- Siadaj tu w fotelu. Nie tym!- ryknęła.- Tam przy kominku siadaj. Daj mi dziecko ten śpiwór, a masz ten koc- podała mi przykrycie.
- Dziękuję M.- szepnęłam z wdzięcznością, biorąc do rąk filiżankę z gorącym kakao.
- Ty mi powiesz, jak będziesz gotowa. Teraz nic nie mów dziecinko, tylko zjadaj śniadanie, bo ja się stąd nie ruszę na krok, dopiero jak taca będzie pusta- usiadła w drugim fotelu.
Bez makijażu, soczewek... Z aparatem, chustą i nadzieją... Góry moje kochane!
      Jadłam pyszności, które przygotowała, popijają ciepłym kakao. Powoli ciepło przenikało do mojego wyziębionego ciała. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak długo siedziałam na tarasie. Śpiwór śpiworem, ale było cholernie zimno. Ogień radośnie tańczył w kominku, przeskakując z polana na polano. Matylda była niesamowitą kobietą. Siedziała teraz ze mną w milczeniu i pilnowała czy zjem przygotowany przez nią posiłek. Zupełnie nie miałam ochoty na jedzenie, ale nie miałam serca odmówić.
Zabrała puste naczynia i wyszła głaskając mnie czule po twarzy. Spojrzała tylko tymi swoimi wielkimi, pełnymi ciepła, błyszczącymi oczami, uśmiechnęła się lekko i poszła.

       Siedziałam wpatrując się w ogień. Nie wiedziałam co dziś ze sobą zrobić. Nie miałam żadnych planów. Za dwa tygodnie rozpocznie się sezon zimowy i wtedy w miasteczku znów zaroi się od turystów, choć i tak w znacznie mniejszej ilości niż w bardziej znanych  miejscowościach turystycznych. Dlatego tak kocham to miejsce.
 Spokój, cisza, góry... Kocham!
       Około południa wyszłam z domu. Ciepło ubrana , z getrami pod narciarskimi spodniami. Ruszyłam w dół, w stronę Rynku, z plecakiem zaopatrzonym przez Matyldę. Szłam jakoś dziwnie bez celu. Dopiero po dwugodzinnej wędrówce zorientowałam się, że jestem na "naszym" pastwisku, przy "naszym" strumyczku, pod "naszym" samotnym drzewem. Bez sił osunęłam się na śnieg, oparłam się plecami o pień i przymknęłam oczy. Poczułam przepełniającą, przytłaczającą mnie pustkę i bezradność. Łzy same potoczyły się spod przymkniętych powiek. Nie potrafiłam nad nimi zapanować. Chyba pierwszy raz od kiedy przyjechałam tu tydzień temu, pozwoliłam sobie na takie rozklejenie się. Praktycznie nie wychodziłam z domu Matyldy. Dwa razy tylko schodziłam do Rynku, nie chcąc obciążać jej moimi serowymi zachciankami. Wszystko kręciło się wokół naszej ostatniej rozmowy z Z. Nie mogłam zapomnieć słów, które tak zapadły w moje serce, które mówił tak spokojnie... za spokojnie....
- Nie mogę pozwolić aby zabrała mi C.
- Wiem- zgodziłam się ściszając głos.
- One są dla mnie najważniejsze Mała, najważniejsze.
- Wiem i wszystko rozumiem.
- Jesteś obłędna! Dlaczego nie spotkaliśmy się, kiedy byliśmy solo?
- Tak widocznie było nam pisane. Wiesz jak cię uwielbiam, prawda?- stanęłam przed Nim i objęłam się Jego dłońmi, które poczęły czule błądzić po mojej talii.
- Jesteś cholera- szepnął z uśmiechem i przyciągnął mnie do siebie.
- Za to mnie tak lubisz- odwzajemniłam uśmiech.
- Robisz smaka.
- Na wódkę?
- Domyśl się na co.
- Powiedz.
- Na kawę.
- Ale ze śmietanką.
- Z cukrem i dużą ilością mleka.
- Wolisz kawę dłuuugo parzoną czy szybko zalewaną w kubku?
- Przestań pić kawę, bo się uzależnisz.
- Od tej na Z już się uzależniłam.
- Mała na razie odbój.
- Do kiedy?
- Nie wiem. Nie pisz, nie dzwoń. Awantura za awanturą.
- Mam uciąć zupełnie kontakt z tobą? Jak? Przecież współpracujemy na gruncie zawodowym.
- Nie wiem jak to dalej będzie.
- I co? Mam może jeszcze zwracać się do ciebie per "Panie Z"?
- Może tak byłoby lepiej?
- Jak ty sobie to wyobrażasz? Dla N to nie będzie podejrzane, jeśli nagle zupełnie zerwiemy kontakt lub nagle wrócimy do zwrotów na Pan/Pani? Ja za coś takiego chyba bym rozszarpała.
- Nie wiem. Nie wiem, Mała co robić. Jeśli cokolwiek zagraża mojej R, to usuwam to z życia.
- Tak łatwo ci to przyjdzie?
- Nie wiem, ale muszę... musimy przeczekać.
- Cóż mi pozostało? Będę się z Tobą kontaktować tylko w sprawach służbowych i tylko z telefonu stacjonarnego. W ostateczności będę dzwonić z komórki.
- Tak na razie będzie najlepiej.
- Z nie wiem czy dam radę. Nie widzieć cię, nie słyszeć, nie dotykać... Jak?
- Nie wiem Mała...
- Daj się przytulic po raz ostatni- wtuliłam się w Jego ramiona. Przez ułamek sekundy chłonęłam Jego zapach, Jego ciepło, Jego... po prostu Jego... Po czym nagle, szybko uwolniłam się z Jego objęć.- Żegnaj Z na czas jakiś- szepnęłam, spuszczając wzrok, aby stłumić chcącą wypłynąć spod powieki łzę, aby zdusić w sobie ten krzyk, który rozrywał me serce.
- Tak muszę zrobić.
- Wiem Z. Do odboju zatem- szepnęłam jeszcze ciszej.
- Do odboju Maleńka- też szeptał...
W zaspie śnieżnej...Z dala od świata- prądu zabrakło, śnieżyca zerwała linie elektro.
Siedziałam na śniegu i płakałam. Tu spędzaliśmy wakacje, przeżywaliśmy wspaniałe chwile. A teraz? Teraz byłam tu sama. Od pół roku nasz kontakt był zupełnie sporadyczny. Na początku strasznie cierpiałam, płakałam każdego wieczora. Sprawdzałam na telefon kilkanaście razy dziennie. Cisza jest najgorsza, zabija duszę. Pamiętam jak ostatni raz szeptałeś do mnie "Moja Maleńka, moja śliczna". Pamiętam ciepło Twoich dłoni i ust... Teraz tego zabrakło. Przetrwałam pół roku, ale już dłużej nie mam siły. Zapłakana wstaję i powoli wracam do mojego pokoju u Matyldy. Wiem, że pilnuje, aby w kominku zawsze palił się ogień. Powoli opadam z sił, upadam na śnieg. Jest taki biały i czysty. Czuję, że zasypiam. Może tak będzie lepiej? Niechaj mnie zabierze. Chcę zasnąć i już się nie obudzić, bo nie mam już dla kogo trwać... 

Ciepło... Powoli otwieram oczy. Jestem w moim pokoju. Matylda szybko do mnie podbiega i gładzi po policzku.
- Oj Dziecino, coś ty chciała zrobić?
- Ja?
- Ciii... Już dobrze. Jest tu i troszczy się o ciebie od 2 dni jak cię z gór przyniósł. Taką głupotę zrobić. Ale już dobrze, już dobrze...
- Kto?
- Zaraz go zawołom,czekojże.
Drzwi otworzyły się powoli... To nie Z...

12 komentarzy:

  1. Zawsze jak mi jest źle to góry mi pomagają nabrać energii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Aj, Kochana... Nie zawsze można pisać na wesoło...

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Jest już, ale wydanie jej to nie tak prosta sprawa Kochana...

      Usuń
  4. Najstraszniejsze są myśli, które człowiek czasami ma... jak bardzo trzeba być zdesperowanym, nieszczęśliwym, wrakiem człowieka. Kiedy sobie wyobrażę, że ktoś od tak robi sobie krzywdę, aby odejść, zostawić bliskich i ten cały piękny świat... to nie dla mnie.
    Nie jestem osobą pozytywnie nastawioną na wszystko, jestem typem osoby bardzo stonowanej, bardzo sceptycznej z brakiem zaufania do ludzi... często popadam w depresyjne, melancholijne myśli... lecz nigdy przenigdy nie odejdę z tego świata na własne życzenie.
    Ból i smutek daje nam ogromne lekcje, jesteśmy silniejszy i mądrzejsi.
    Nikt nam nie powiedział, że będzie zawsze lekko i pięknie, lecz musimy trwać i żyć, bo życie mamy jedno... a te życie jest piękne, tylko ludzie nie zawsze.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za ten komentarz. Jest bardzo ważny! Ważne żeby odnaleźć w sobie siłę aby znów oddychać...

      Usuń
  5. kurcze nie masz dla mnie litości ... znowu sie poryczałam :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Góry są najwspanialszym miejscem na ziemi- człowiek czuje się jakby bliżej Boga!

      Usuń