niedziela, 22 października 2017

Kształt Twojego głosu, czyli tajemniczy ogród

Świecie drogi uciekam od Ciebie kolejny raz. Serce mi złamałeś i ośmieliłeś się zdeptać kolejne marzenie. W momencie kiedy poczułam, że na nowo stawiam odważnie stopy na twardym gruncie...
Sprawiasz, że uśmiecham się, nawet kiedy jest trudno...
Idę przed siebie mijając ostatnie zabudowania wioski, w której wynajęliśmy domek. Droga zmienia się z asfaltowej na utwardzoną gruntówkę, miejscami piaszczystą niczym plaża, miejscami kamienistą. Idę w stronę lasu, gdzie są trzy opuszczone gospodarstwa. W okolicy jest takich wiele. Odważnie, bez skrępowania otwieram furtę najmniejszego i kieruję się w stronę domu. Za nim stary żywopłot wyznacza granicę mojego azylu. Bez problemu znajduję bramkę i delikatnie pociągam ją do siebie. Wchodzę i przymykam oczy, aby głęboko wciągnięte powietrze wypełniło nie tylko płuca, ale i umysł, i serce. Delikatnie zamykam za sobą bramkę- za każdym razem mam wrażenie, że rozsypie mi się w dłoniach. Ściągam buty, rosa utrzymuje się tu troszkę dłużej. Idę lekko, jakby to powietrze unosiło mnie nad ziemią w głąb ogrodu.
Słońce, przestrzeń i czyste powietrze...
Przystaję przy kąciku z poziomkami- jest ich tu tak wiele, a ich słodycz cieszy mnie niezmiennie każdorazowo. Nawlekam je na źdźbła trawy i idę dalej. Siadam na wielkim, płaskim kamieniu, obok starej studni, którą już całą porósł bluszcz. Wygląda jak wyrwana z kart pięknej powieści. Konsekwentnie przysiadam w tym miejscu.. Otwieram wysłużony notatnik i... Zaczęło się...
Kwiaty lekko tu już zdziczały...
Ale nadal cieszą oczy kolorami
Przykładając stalówkę do papieru słyszę pisaną nań historię. Czuję dotyk opisywanej dłoni, zapach skóry i smak spragnionych ust. Słońce nieśmiało wychyla się zza strzechy. Przysłaniam oczy dłonią, tusz kapie na papier. Pospiesznie przykładam bibułkę i wracam do rozpoczętej pracy. Piszę... Słowa same przychodzą, myśli bezwiednie przelewam do notatnika... Jestem taka staromodna... Zamiast wystukiwać litery na klawiaturze, ja skrobię piórem... Sama tego nie pojmuję, ale zawsze wydawało mi się to większą wartością, było jakby cenniejsze. Mam moje ukochane pióro i stary notatnik w skórzanej oprawie, wiązany na rzemień. Lubię jego zapach, lubię czuć jego ciężar na moich nogach, kiedy zaczynam pisać. To daje mi poczucie prawdziwości tego, co w nim opisuję. Kiedyś to wydam. Ale jeszcze nie teraz, muszę dojrzeć do tej decyzji...

Rosa utrzymuje się tu troszkę dłużej...
Odchylam głowę do tyłu, zjadam kilka poziomek z trawkowych sznurów. Kolejny rozdział jakby sam się napisał. Słyszę Twoje kroki i skrzypnięcie bramki. Zamykam notatnik z piórem w środku, powoli okręcam go rzemieniem i ze spokojem odkładam do torby. Uśmiechasz się, patrzysz na mnie wymownie. Pomyśleć, że przewrotny los rozłączył nas na tak wiele lat. Teraz poznajemy się na nowo. Omijasz studnię, klękasz na kamieniu za mną, czule całujesz moją szyję z prawej strony. Delikatnie, nic nie mówiąc masujesz moje ramiona. Przymykam oczy, odprężam się...
- Dasz poziomkę?- szepczesz wreszcie.
- Kiedy wychodziłam jeszcze spałeś. Nie chciałam cię budzić- odwracam się z uśmiechem, powoli otwierając oczy.
- Nie boisz się tu ze mną być? Przecież tu formalnie nadal toczą się działania zbrojne- patrzysz w moje oczy, Twoje uśmiechają się delikatnie.
- Głupi jesteś żołnierzu. Nie na darmo szkoliłeś się w BKP- poszczam do Ciebie oko.
- Czytałaś moją teczkę?
- Jak pozwalam komuś jeść moje poziomki, to czytam jego teczkę. Takie mam zasady.
- Lubię takie z zasadami- uśmiechasz się i wyjadasz kolejne poziomki z mojej dłoni...
Nasza droga jest kręta i niebezpieczna, ale kroczymy nią razem!
Taka byłam, kiedy się poznaliśmy...
Jestem jak róża w "naszym" ogrodzie- czekam na Ciebie- promienie słońca, które ogrzeją me serce...

2 komentarze: