wtorek, 22 sierpnia 2017

Nienawidzę wtorków

Kiedy poznałam Cię tamtego wieczora, nie wiedziałam, że w tym roku w sierpniu, znienawidzę wtorki... Nie wiedziałam też, że będę chciała uciekać od świata, żeby posłuchać z Kimś muzyki, albo oglądać gwiazdy leżąc na dachu Jego samochodu... Nie wiedziałam, że będę z Kimś wymieniać się książkami i szukać w nich ukrytej notatki... Nie wiedziałam, że będę godzinami rozmawiać nocą, idąc następnego dnia do pracy... Nie wiedziałam, że tak bardzo pokocham tańczenie boso w deszczu.... Nie wiedziałam, że umysł człowieka może być tak pociągający...  Nie wiedziałam, że prawdziwie oddychać można tylko przymykając oczy... Nie wiedziałam, że czekolada najlepiej smakuje z pomarańczą przy blasku ognia w kominku... Nie wiedziałam, że można to wszystko przeżywać tak po prostu, nagle, bez opamiętania, aż do utraty tchu... Nie wiedziałam, że można rano zadać pytanie "Co Ty ze mną zrobiłeś?", a w odpowiedzi dostać karteczkę z napisem "Chcę Ciebie. Chcę zjeść z Tobą naleśniki, które sami zrobimy- z truskawkami!"... Nie wiedziałam, że uwierzę w przyjaźń damsko- męską, a jednak... Nie wiedziałam, że wyrwiesz mnie światu z jego szalonych objęć, żeby zatańczyć ze mną wśród spadających liści...
 
Nauczyłeś mnie chwytać chwile, brać garściami własny czas... Nauczyłeś mnie żyć na 99%, bo ten 1% ma być dla mego serca, aby mogło otulić się swym pięknem... Uświadomiłeś, że w życiu będzie to, co ma przyjść, że samo się znajdzie... Jako pierwszy zapytałeś za czym tak pędzę i wtedy zrozumiałam, że zrzucając zbędny balast można łatwo odbić się od dna... . Dałeś poczucie, że niewiedza może być taka piękna...  Opowiedziałeś o strachu, który ma wielkie oczy, kiedy dopada mnie lęk i pomnaża wszystko co złe... Nauczyłeś bez wzbraniania się, brać wszystko co daje życie... Stanąłeś na drodze mojej ucieczki, pokazując, że nie wolno mi tego robić, że mam stać się mistrzem sama dla siebie... Dzięki Tobie uwierzyłam, że bycie odważnym, to nie grzech i wystarczy tylko bardzo chcieć otworzyć okno i przywitać nowy dzień, a jak się cholera zatnie, zawsze możemy je razem wykopać....

A teraz jestem jak ziarno kawy rzucone w przepaść filiżanki... Tak bym chciała powiedzieć: "Żegnaj! Wyprowadź się z mojej duszy!", ale przegrałam tą walkę samą ulotnością myśli... I jesteśmy niczym te dwa kłosy w moim-naszym miejscu. Pamiętasz, jak przy blasku księżyca wpatrywały się w siebie- zupełnie jakby wiedziały, że to ich ostatni taniec, bo rano kosiarz muśnie je blaskiem żelaza? Czekam tu i patrzę w górę, czekając na Twoje oczy- pozwól znów zatopić się w ich blasku...
Samolot wzniósł się łagodnie... Długo przyklejona do szyby wpatrywałam się w ślad, który za sobą uniósł... Osuwając się na podłogę, otuliłam me serce w tęsknotę... Przy Tobie czułam siłę, z którą mogłam burzyć mury, a teraz miało Cię nie być.. Ciemno już, ruch jakby mniejszy i nagle dźwięk telefonu, wyrywający mnie z tego letargu...
- Halo?
- Jesteś tam jeszcze?
- Jestem- szepczę...
- Wstań z tej cholernej podłogi i jedź do domu. Masz siłę przebić się przez mur własnych słabości. Ja przecież jestem obok. A jak już wejdziesz na ten cholerny dach to oddzwoń. Pa.
- B!- krzyknęłam, ale Ciebie już nie było... tylko ten drażniący sygnał... Wybiegłam z lotniska i po chwili pokonywałam już kolejne skrzyżowania, aby dotrzeć do "tego cholernego dachu"- och jak dobrze mnie znasz...

Usiadłam na ławce, na dachu, gdzie uciekaliśmy obserwować gwiazdy, owinięci w koce. Usiadłam i nawet nie wiem kiedy, poczułam słony smak ciepłej łzy.
- Jestem już na tym cholernym dachu. Co teraz?
- Otwórz torebkę i wewnętrzna kieszeń, tą z tyłu, dużą, na suwak. Wyjmij kopertę i pomyśl o mnie ciepło. A teraz masz przestać ryczeć, słyszę jak pociągasz nosem... Znikam Mała i widzimy się na skype. Całuję.
Tyle Cię słyszałam. Otworzyłam kopertę... Bilety lotnicze i klucz do pokoju nr 214... Kiedy Ty to zrobiłeś? Kiedy... Otworzyłam kalendarz i przerzuciłam wstążkę na konkretną datę. Obiecuję, że przywiozę Ci pożółkły liść klonu... Do zobaczenia Książę... Uciekam z dachu, bo zaczyna znowu padać, a moknąć chce tylko z Tobą....

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Deszcz

Autobusy mijają mnie z łoskotem. Słońce nie chce obdarzyć mnie choćby przez chwilę swoim uśmiechem. A moja skóra tak bardzo z nim tęskni.
Idę przed siebie, zupełnie bez celu. Przymykam lekko oczy. Nikogo tu nie ma, wszyscy uciekli już do domów. Deszcz oczyścił ulice z ludzi i pyłu codzienności. Rozkładam szeroko ręce i zaczynam lekko kręcić się w koło. Moknę. Tego było mi trzeba. Deszcz jest taki oczyszczający. Zmywa dziś ze mnie Twój oddech i dotyk. Zmywa słowa, które do mnie wypowiedziałeś. Zmywa spojrzenia, którymi mnie obdarzyłeś. Zmywa nadzieję i marzenia, które we mnie zaszczepiłeś. Siadam na ławce i oddycham głęboko. Jestem przemoczona, ale nie czuję zimna, ani zmęczenia. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że jestem tak daleko od domu, a połamany przez nagły podmuch parasol, który wyrzuciłam do kosza, przestał mnie chronić trzy skrzyżowania temu. Siedzę bez ruchu i zastanawiam się, jak to się stało, że nauczyłeś mnie latać. Jak to się stało, że uniosłeś mnie ku słońcu i pokazałeś piękno chmur? Jak to się stało, ze teraz przymykam oczy i pozwalam obmyć twarz kropelkom deszczu?
Pamiętam kiedy się poznaliśmy. To jedna z moich ulubionych chwil, tych wyjątkowych, które zmieniły mój sposób postrzegania otaczającej mnie rzeczywistości. Siedziałam wtedy na mojej-naszej ławce i czytałam książkę. Coelho a jakże...
- Jak się tam do Ciebie idzie?- usłyszałam.
- Do mnie?- odpowiedziałeś skinieniem głowy.- Tędy chodnikiem- wskazałam kierunek książką.
- Cześć. Co czytasz?- schyliłeś się i pocałowałeś mnie w policzek. Byłam tak zaskoczona, że nie wiedziałam jak zareagować.
- Cześć. Moją ukochana książkę. Znamy się?
- Teraz już tak, w końcu już się całowaliśmy. Ty w ogóle jeszcze coś tu widzisz, da się o tej porze jeszcze coś przeczytać?- zajrzałeś mi przez ramię do książki.
- Spryciula- uśmiechnęłam się i podając sobie ręce, przedstawiliśmy się sobie.
Siedzieliśmy na tej ławce kilka godzin, po to by w środku nocy uciec do Rezerwatu i obserwować gwiazdy, leżąc na dachu twojego samochodu. To była własnie taka chwila, taka przełomowa chwila. Wiem, że takie przełomowe chwile określają to kim jesteśmy. Piliśmy wtedy gorącą kawę na rozgrzanie... z mlekiem i brązowym cukrem. Pamiętam jak rozgrzewałeś moje lodowate dłonie.
Tak zaczęły się nasze "nocne Polaków rozmowy". Tematom nie było końca, żaden nie był zły. Kończyliśmy nasze pogaduszki późną nocą, a w zasadzie nad ranem.
Pamiętasz ten biwak nad jeziorem? Kim w ogóle byli ci fantastyczni ludzie z namiotów obok naszego? Zresztą co za różnica- tak miło ich wspominamy. Pamiętasz jak na obiedzie powiedzieli nam zdziwieni, że nie wiedzieli, że można rozmawiać całą noc? To było szalone. To co się wtedy wydarzyło, zmieniło moje postrzeganie świata, zburzyło pomniki stawiane przez lata dorastania. Co Ty wtedy ze mną zrobiłeś, co? Narodziłam się na nowo. Pozwoliłeś mi zrozumieć, że w życiu nie ma chwili do stracenia. Takich nocnych przeżyć było tak wiele. Takich niekączących się rozmów przeprowadziliśmy tyle, że stałam się nową osobą, zupełnie nowa kobietą. Nauczyłeś mnie, że życie jest po to, aby brać je całymi garściami, a nie próbować małą łyżeczką.
Pamiętasz, jak obiecaliśmy sobie, że jeśli ja będę mieć X lat, a Ty Y to weźmiemy ślub, żeby nie być zgorzkniałymi, samotnymi ludźmi?
-Będę kochał z tobą życie. Będę milczał, kiedy trzeba i mówił, kiedy potrzebne będą słowa. Będę ogrzewał się w blasku i cieple twojego serca. I będę wrzucał brudne ubranie do kosza na brudy- śmiałeś się do mnie.

- Co ty tu do cholery robisz?- ocknęłam się słysząc Twój głos i czując Twoją ciepłą dłoń na moim policzku.- Cała przemokłaś, wsiadaj do samochodu, ale już- otworzyłeś mi drzwi.
- B. jak mnie tu znalazłeś?
- Namierzyłem twój telefon. Masz tu koc. Jedziemy do mnie, musisz się wysuszyć.
- Dobrze.
Siedzę z kubkiem gorącej czekolady. Wiesz, że uwielbiam ją z pomarańczą. Siedzisz naprzeciwko i patrzysz jak poprawiam puchaty szlafrok. Jest u Ciebie specjalnie dla mnie. Odstawiam kubek i chwytam Twoją dłoń. Podrywasz się, bierzesz mnie na ręce i wychodzisz na taras, na deszcz. Wtulam twarz w Ciebie.
- Jesteś szalony, wiesz?
- Stateczny powinien być mąż. Przyjaciele muszą być szaleni- uśmiechasz się.
- Deszcz jest wyjątkowo ciepły.
- Mamy sierpień księżniczko.
- Księżniczko? Ależ Książę B., jestem tylko skromną dziewczyną.
- Uwielbiam cie w deszczu, z tymi rozpuszczonymi włosami.
- Szlafrok zaraz przesiąknie.
- Zmywamy to?
- Co?
- Przecież wiesz.
- Wiem- szepnęłam.
Przymykamy oczy i po chwili czuję jak wirujemy. Deszcz moczy nam twarze, a my uśmiechamy się do siebie.
- Wracajmy do domu. Czekolada nam wystygnie- wtulam się mocniej w Niego.
- Już księżniczko.
- Nie zostawiaj mnie, proszę.
- Wiesz, że lecieć muszę. Ale cały czas jestem przy tobie... z tobą.
- Wiem... Chcę jeszcze czekolady.
- I pewnie teraz chcesz z piankami?
- Za dobrze mnie znasz.
- Od tego są przyjaciele. Chodź do kominka.
- Daj mi ubranie. Ostatnio praktycznie już wszystko od Ciebie zabrałam. Zostało kilka drobiazgów.
- Taaaa... I bielizna- wybuchamy śmiechem.- Masz tu moją bluzę i szorty.
- Uwielbiam tą bluzę.
- Zapomnij. Muszę mieć coś co będzie...
- Co?
- Co jest moje i już- ucinasz temat.
Radosny blask ognia i czekolada rozlewają się ciepłem po moim ciele. Siedzimy na podłodze. Deszcz zmył cały ból rozstania? Nieprawda! Teraz posępnie uderza kolejnymi kroplami o szyby. Zamykasz okno i siadasz obok. Podpijasz moją czekoladę.
- Po co to wszystko?
- Żeby odpocząć, żebyśmy pamiętali smak takich chwil.
- Kiedy znów ogrzeje nas ogień?
- Za rok nad jeziorem lub... lub kiedy do mnie przylecisz, bo chce mieć tam kominek.
- Ja przylecę? Przecież wiesz, że bez Ciebie boję się latać.
- Zamkniesz oczy i będę trzymał twoje serce w dłoniach. Przylecisz?
- Jeśli zrobisz mi czekoladę.
- Zrobię.
Przytulę Cię jutro na lotnisku i długo nie będę mogła oderwać dłoni od szyby. Nie ważne, że samolot zniknie już za horyzontem. Zamknę oczy i osunę się na zimne płytki. Ukryję twarz we własnych ramionach. Kilka razy wstrząśnie mną szloch i poczucie straty. Każdego kolejnego dnia będę ze zlęknionym sercem oglądać wiadomości, czy jesteś tam bezpieczny. Każdego dnia będę czekać na wieści od Ciebie, aż me serce przejdzie na tryb czuwania. I tak każdego poranka poproszę Boga, aby posyłał Ci Anioła, który obejmie Twe serce opiekuńczym skrzydłem... Codziennie, bez wytchnienia, aż do kolejnego kubka czekolady na podłodze, przy kominku...

czwartek, 17 sierpnia 2017

Gramy o bilet do Magicznych Ogrodów

Stwory z woreczkiem to Mordole
Grasują tam, gdzie marchewkowe pole
Oczyska niebieskie i ciało włochate
Witają radośnie Dzieci, Mamę i Tatę
Tam skrzaty mieszkają w prastarych drzewach
Tam wróżki w zamkach uczą dzieci śpiewać
Chcesz z królikami wśród marchwi pokicać
Przepraw się tratwą, o pomoc poproś rodzica
W wodnym świecie zmoczysz ubranie
Spokojnie, Mama ma w torbie nowe na przebranie
Tam magiczne drzewa, ptaszydła i stwory
Tunele, dziuple, smoki i potwory
Panny leśne, zwierzęta i skrzaty
Gniazda smocze, złote misy i dukaty
Czarownice, Wiły, Majki
Stwory z każdej bajki
To Ogrody są Magiczne
Tutaj szczęście Dzieci kwitnie
Chcemy i my radość tą poznać
I Magiczne Ogrody zwizytować
Może szczęście się uśmiechnie
I bilety los nam ześle ;)
Podobny obraz

wtorek, 15 sierpnia 2017

Witaj sierpniowa jutrzenko

Są jeszcze wśród nas Ci, Którzy pamiętają okrucieństwo wojny i smak przelanej krwi... Są Ci, Którzy walczyli za swoją, moją i Twoją wolność. Ruszali do boju z marzeniami, z ufnością, że przyjdzie taki dzień, kiedy każda i każdy z nas będzie mógł z dumą wywiesić polską flagę. Biegli, choć byli słabsi, gorzej uzbrojeni i niejednokrotnie bez mundurów. To był właśnie taki czas, że nie ważne było czy nosisz mundur, liczyło się tylko to, żeby Polska była wolna!
Nie pamiętają teraz już wszystkiego, niektóre wspomnienia już się zatarły i czasami trudno im rozsądzić, czy to wydarzyło się na prawdę czy to tylko koszmarny sen. A może rzeczywistość odbija się echem w snach? Ale milczą, a w głębi duszy chcą krzyczeć. Budząc się ze snu płaczą za Przyjaciółmi, którzy oddali życie za Ojczyznę. Płaczą, bo każdego dnia widzą młodych ludzi, którzy mogą wolni, w wolnej Polsce, cieszyć się swoją młodością, każdym dniem. Wiele z tych osób, nigdy nie zostało i zapewne nie zostanie docenionych za ten trud, za walkę i ogromne serce.
Nie nosili mundurów, często nie mieli broni, ale to również dzięki nim możemy dziś wolni zachłysnąć się powietrzem. Dla nich jest zawsze jedna z flag na naszym balkonie!

Druga flaga jest dla żołnierzy mundurowych. To ich wysiłek sprawia, że możemy czuć się coraz bezpieczniej w naszym kraju. Dziś jest Wasz dzień- Święto Wojska Polskiego, Święto Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, wprowadzone na początku lat 90., na pamiątkę zwycięskiej Bitwy Warszawskiej w 1920 r., w dniu święta kościelnego Wniebowzięcia Matki Bożej. A więc kochani Żołnierze, wszystkiego co dobre i potrzebne Waszym sercom! Abyście nigdy nie musieli pokazać, jak skuteczni jesteście, stając w obronie Ojczyzny. Jeśli wyjeżdżacie, niechaj kule niesie obok Was Bóg na skrzydłach Waszych Aniołów Stróży. Bądźcie dumni, z tego, że nosicie mundur, a na nim naszą piękną flagę i dumnego orła. Z serca dziękuję Wam za godną służbę naszej Ojczyźnie i Polakom!
 
Zapytacie dlaczego na blogu parentingowym taka tematyka. Dlatego, że jestem Polką i jestem z tego dumna. Wiem, że takim Ludziom należy się szacunek i pamięć. Ja wysłuchałam wielu opowieści od Tych, Którzy pamiętają/ pamiętali. Część z Nich już odeszła, a z Nimi bezcenne opowieści i wiedza, jakiej nie znajdziemy w książkach. Z dumą wywieszam flagi, z dumą zakładam mundur. Z szacunkiem odnoszę się do polskich barw i godła. Tego uczę mojego Syna. I opowiadam Mu o mojej Babci, którą bardzo kochałam. Była piękną kobietą. Miała na imię Wanda... pseudonim Kalina...

środa, 9 sierpnia 2017

Małe tęsknoty

Kiedyś myślałam, że szczęście to dom, praca, posiadanie... Później przyszedł czas aby ten zestaw poszerzyć o ludzi i uczucia- przyszła dojrzałość emocjonalna... Jeszcze później dodałam ciszę, stabilizację, zaufanie- dzień dobry dorosłość.... Kilka lat temu dodałam bezgraniczną miłość- małżeństwo i macierzyństwo...
Kiedyś były imprezy i spotkania ze znajomymi. Dziś czasu jest jakby mniej... Dziś muszę nieźle się nakombinować aby wypić kawę z Przyjacielem, tym bardziej, że mieszkamy dość daleko od siebie...
Tęsknię czasami za przeszłością... Skłamałabym, gdybym napisała inaczej.... Za koncertami i spektaklami, na które tak często chodziliśmy- przecież nie mogło nas tam nie być! Tęsknię za ogniskami przy dźwiękach gitary i smaku kiełbasek w chlebie. Tęsknię za nocami pod gwiazdami, kiedy ukrywaliśmy się w plantacji chmielu... Tęsknię za nocami kiedy leżeliśmy na śpiworach i obserwując spadające gwiazdy opowiadaliśmy o naszych planach na przyszłość, a trawa upijała nas swoim zapachem... Wtedy mogliśmy wszystko! Tęsknię za wędrówkami po bieszczadzkich bezdrożach, gdzie ludzie częstowali nas chlebem i winem truskawkowym... Tęsknię za przysiadaniem na schodkach na tyłach pracowni i leniwym popijaniu piwa wprost z butelki... Tęsknię za zapachem siana, kiedy po całym dniu pracy jedliśmy obiad oparci o stóg... Tęsknię za płatkami pierwszego śniegu, które łapaliśmy na języki... Tęsknię za smakiem marchewek czyszczonych o trawę...  Tęsknię za leniwymi niedzielnymi porankami, kiedy jedliśmy grzanki i jajka na miękko... Tęsknię za zapachem mgły otulającej sierpniowe złote pola, niechętnie ustępującej miejsca czerwonym z zazdrości promieniom słońca... Tęsknię za "naszym' stołem w bibliotece, przy którym toczyliśmy burzliwe dyskusje i wybuchaliśmy śmiechem- w tej bibliotece wolno było się śmiać! Tęsknię za "tym" śmiechem i tańcami na stole... Tęsknię za chwilami, kiedy szept był głośniejszy od krzyku, a zapach, smak i dotyk wrażliwe były na najsubtelniejsze bodźce... Tęsknię za winylami, zapachem wiatru i smakiem źródlanej wody- czystej jak kryształ, zimnej jak lód... Tęsknię za "tym" zapachem pomarańczy, kiedy w grudniu uświadamiały nam, że to Boże Narodzenie...
Kiedy przyszedł ten czas, że to wszystko odeszło gdzieś daleko? Jak to się stało, że to wszystko jest już jakby poza mną? Jak to się stało, że pojawiła się taka tęsknota? Jak to się stało, że większą wartością jest dla mnie jeden maleńki uśmiech niż mój własny? Jak to się stało, że ważniejsze są dla mnie dwa pełne brzuszki niż mój własny? Jak to się stało, że idąc kupić sobie ubrania wracam z męską koszulą i kilkoma ciuszkami dziecięcymi? Jak to się stało, że... dorosłam...
Szeptem odpowiadam na kolejne pytania. Szeptem wyjaśniam też tą tęsknotę... Szeptem... I zamykam oczy cichutko i zatapiam się w tej tęsknocie... Na te kilka chwil jest moja, tylko moja... Kiedy otwieram po chwili oczy uświadamiam sobie, że nic nie straciłam. Idę do zielonego pokoju, i poprawiam kocyk małego Rozrabiaki. W naszym pokoju "powalczę" chwilę o kawałek kołdry. Słucham tych dwóch rytmicznych oddechów i wiem, że mam wszystko. Tamte tęsknoty realizuję po prostu wolniej, w nieco mniejszym zakresie, bez tak wielkiej dozy szaleństwa, a jedynie z jej subtelną szczyptą. Dalej jestem sobą i realizuję moje plany i marzenia... uśmiecham się sama do siebie, zamykam laptopa, odkładam okulary... jest trzecia nad ranem...

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Uwięzione w (złotej) klatce

Często jako matka i młoda kobieta jednocześnie, spotykałam się z fala krytyki. Niejednokrotnie obdarzano mnie pełnym wzgardy spojrzeniem. Dlaczego? Dlatego, że śmiałam mieć dalej własne marzenia i plany, a co "gorsze" chciałam je realizować i w większości przypadków to robiłam. Czasami z sercem na dłoni, czasami z duszą na ramieniu. Czasami większym, innym razem znacznie mniejszym nakładem sił i środków. Inne przesunęłam w kolejności, bo albo nie jestem na nie gotowa, albo muszę popracować nad ich realizacją. Ale nie rezygnuję z nich dlatego, ze może być trudno. Nie można się tak łatwo poddawać, zawsze trzeba chociaż spróbować.
Takie wyzwania tylko mnie motywują do działania, sprawiają, że chcę pokonać przeciwności i walczyć o MOJE MARZENIA! Nikt inny tego za mnie nie zrobi.
To, że ktoś będzie na mnie "krzywo patrzył", albo "szepnie" coś złośliwie do stojącej obok plotkary, nie zmieni mnie, nie powstrzyma przed byciem sobą. Chcę się rozwijać, nie chcę stać w miejscu. 
Nie pozwolę zamknąć się w klatce macierzyństwa, nie pozwolę się tak zaszufladkować, ubrać w przeklęte stereotypy. Klatka, choćby złota, choćby wysadzana drogocennymi kamieniami, pozostaje klatką. Trudno w niej oddychać, jeszcze trudniej poruszać się, a ... o rozwinięciu skrzydeł można zdecydowanie, w zupełności zapomnieć. A moje serce, niczym ptak, chce ulecieć ku słońcu, wyrwać się z okowów wstydu, uprzedzeń i stereotypów właśnie. Ono nie pasuje do szablonu. Wszczyna alarm ilekroć usłyszy brzęk kajdanów i zrywa się do lotu- tym szybciej, im bliższe pobrzękiwanie...
Czasami troszkę odpuszczam... Ale to zamierzone działanie. Musze nabrać powietrza do płuc, zregenerować się po ostatnim locie, oczyścić skrzydła z szarości burzowych chmur i podleczyć rany zadane przez błyskawice podczas burz. A po tej regeneracji klęknę, tylko po to, aby lepiej wybić się do nowego lotu. Rozłożę skrzydła, ogrzeję je w promieniach wschodzącego słońca, skąpię w rzeźkości porannej rosy strącanej z misternie tkanych serwetek nici pajęczej i osuszę w podmuchu lekkiego, ciepłego wiatru... A to wszystko w blasku serc UKOCHANYCH OSÓB i PRZYJACIÓŁ, którzy przytrzymają mnie za rękę podczas lądowania, a z ziemi, tuż po starcie zakrzykną: "Leć Aniele, niechaj niosą cię skrzydła pod obłoki, my tu poczekamy!"... 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Bez Ciebie

Ktoś mi kiedyś powiedział, że najtrudniej jest wracać i trwać w miejscach, które odkryliśmy z Kimś kochanym, bez tej osoby. I wiecie co? Miał całkowitą rację. Tak strasznie boli serce, kiedy tracimy Kogoś, na widok Kogo serce radośnie wyrywa się z piersi. Jak trudne stają się spacery po parku, gdzie razem podziwiało się kwitnące kasztany. Jak ciężko wzdycha się na widok ławki, gdzie rozmawialiśmy pierwszy oraz ostatni raz, ogrzewając wzajemnie zziębnięte dłonie...

Patrzę w niebo i z bólu przymykam oczy- dziś chciałby unieść się ku słońcu, a pozostaje tylko cisza. Idę ulicą, czuję bruk śródmieścia pod stopami i poranną ciszę uśpionych jeszcze kamienic. Zerkam na mijany hotel, łza kręci się w oku- tu ukryliśmy się przed lipcowym, nocnym deszczem o 3 nad ranem... I okno z zapierającym dech w piersiach widokiem. Pamiętam jak powtarzaliśmy te nasze nocne wyprawy i ucieczki do "naszego" hotelu, do "naszego" pokoju.. Pamiętam Twój równy, spokojny oddech bladym świtem, kiedy odsypiałeś nasz "Star Walk", a ja obok na kanapie po raz kolejny czytałam ukochaną książkę Coelho i podkreślałam w niej podpowiedzi dla mojego serca. Wtedy nie rozumiałam co chce mi ono powiedzieć. Myślami byłam daleko. Tak, to prawda. Wolałabym wtedy być z mężczyzną, który tak nie nękałby mojego serca. Z takim mężczyzną, z którym mogłabym cieszyć się upływającą chwilą, bez najmniejszej obawy, że stracę Go następnego poranka, kolejnego nieubłaganie zbliżającego się dnia. Bez nerwowego zerkania na dziwnie głośno cykający zegarek, bo czas płynąłby wolniej, a my oboje moglibyśmy bez drżących serc, spokojnie trwać w milczeniu. Nie spieszylibyśmy się z rozmowami, bo na to mielibyśmy cale życie. 

Dochodzę do tej "naszej" ławeczki, którą za każdym razem teraz przeklinam w myślach. Tu po raz pierwszy oraz po raz ostatni milczeliśmy tak naprawdę. I nie była to wymuszona cisza, nie było to milczenie strwożonego serca. To było nasze milczenie i nasza cisza. Mówiło wszystko, a memu sercu szeptało, że czasem nie warto wszystkiego do końca sobie wyjaśniać... I to nasze wspólne słuchanie muzyki... I ten strach, bo to wszystko było dla nas takie zupełnie nowe i nieznane, a nowość i strefy nieznane napawały nas lękiem, który zagłuszaliśmy ciszą... Cholerna ławka!

Pora na kawę- poranna wystygła, a sam zapach nie zdołał mnie obudzić. Pytanie czy chciałam się obudzić? Czy chcę usłyszeć od świata, że Ciebie już nie ma? NIENAWIDZĘ TAKIEJ KAWY! Czarna jak noc i gorzka jak smak porażki, kiedy dobiegasz na metę jako czwarty... Ty ją uwielbiałeś, więc dziś, obiecuję, nawet raz się nie skrzywię i wypiję czarną jak noc, mocną jak przyjaźń, która zrodziła się z milczenia i gorzką jak żal po iskrze, która uciekła w obłoki... A przecież mogła spopielić połacie złotej pszenicy....

Leć Przyjacielu i niech niosą Twe serce skrzydła, albo... przecież wiesz.... A ja przymknę oczy na "naszej" ławce, grzejąc dłonie na kubku z małą czarną... I niech ta cholera- łza toczy się leniwie po policzku, bo 214 będzie na zawsze nasz, Izrael to nie koniec świata...